grudnia 30 2009

Cóż…

Wartość moich zwłok to:

32025 zł

Sprawdź wartość swoich »


grudnia 7 2009

Cziks

Znalazłem ciekawy blog: “Absolut materialist”.

Jeden z filmów tam dodanych, kampania Victoria Secret’s. W zasadzie to już mówi wystarczająco dużo o tematyce blogu. Czyli niunie…


listopada 29 2009

Prawda

No cóż…
Ciężko się z tym nie zgodzić :)


listopada 27 2009

Ja



listopada 12 2009

Call on me

Siedzę w pokoju rodziców. Z kieliszkiem wina i świeżo kupionym batonikiem WW. Szkoda, że już nie jest tak sławny jak kiedyś [batonik], zawszę go lubiłem.

Telewizor zajmuję bardzo dużo przestrzeni życiowej. Mógłbym nawet powiedzieć, że wypełnia całe pomieszczenie, w którym się znajduje. Odzwyczaiłem się od niego kompletnie. Ale dziś czuję się jakbym wypalił za dużo papierosów. Kto zna ten stan to wie. Albo wessał za dużo tabaki. Obojętne. Czuję się przytłumiony, mózg mam zmęczony, serio jak po całej paczce papierosów. Siłą rzeczy moim pokojem jest obecnie salon, a więc statystycznie większa część domowników spędza tutaj statystycznie najwięcej czasu. A co za tym idzie, przez większość tego czasu (jeśli nie cały czas) szatańskie pudło jest włączone. Żałuję, że nie wyszedłem z domu, teraz dochodzę do wniosku, że wyjście po batonika było pretekstem do przewietrzenia się. Po za tym teraz jest tak cicho na… zewnątrz :).

Nie spodziewałem się, że długie nie oglądanie telewizji jest takie dramatyczne w skutkach. Widocznie to nałóg jak każdy inny, nigdy bym nie przypuszczał tylko, że potrafi wpłynąć na moje psychofizyczne samopoczucie. Telewizor jako przedmiot zajmuje stosunkowo nie wiele miejsca, pomijając to, że jest to miejsce zazwyczaj szczególnie ważne, to można je obliczyć w przybliżeniu np. w centymetrach sześciennych.

Telewizja natomiast zajmuje cały obszar jaki jest dostępny. Wypełnia pokój i korytarz obrazem i dźwiękiem. Nie ma sensu z niej rezygnować, bo zawsze znajdzie się coś ciekawego na jednym z 50 kanałów. Wszystkie po polsku! Wszystkie HaDe! W pewnym momencie wybieram mniejsze zło i zmieniam kanał na powiedzmy Animal Planet. Po chwili okazuje się, że to jednak nie zbyt ciekawe, trzeba zmienić.

Dawkowanie sobie kilka razy w tygodniu telewizji w rozsądnych ilościach nie jest złe. Ja w sumie oglądam tylko “teleexpres” bo Orłoś przypomina mi czasy podstawówki, “poranek z tvn” bo zawsze lubiłem oglądać jakis program rano przed wyjściem do szkoły i “talent” bo współlokatorki by popuściły gdyby nie obejrzały. Myślę, że to rozsądne dawki. Wydaje mi się wtedy, że telewizja jest w porządku, mądra i ciekawa, zabija czas kiedy jem. No tak, prawdę powiedziawszy to najbardziej lubię oglądać kiedy jem. Jedzenie jest tak mało absorbującym zajęciem, że muszę czymś zająć resztę uwagi. Ponieważ mówić po pierwsze nie wypada, a po drugie to zawsze jak zacznę gadać moje jedzenie wystyga. Uwagę muszę czymś zająć, radio czasem nie wystarczy, no chyba, że to jakaś ciekawa audycji, albo Mann, ale generalnie to za mało. Może po prostu kiedy jem to się nudzę…? W końcu rytmiczne poruszanie szczęką jest bardzo monotonne…

Samo bogactwo smaków oczywiście jest bardzo ciekawe. Ale nie ma się co oszukiwać. Zbyt dużego bogactwa smaków nie znajdę w mojej codziennej bułce z chlebem i ryżem z makaronem. Pewnie gdybym zajadał się czymś smakowitym, nawet pizzą z PizzaHut nie musiałbym nic oglądać…

Hm, i jeszcze jedno. Odnośnie rozmów telefonicznych. Doszedłem teraz do wniosku, że jest to jedna z najlepszych form komunikacji. Rozmowa telefoniczna jest bardzo intymna, zawsze jest prowadzona tylko między dwiema osobami. Całkowicie pochłania cię, absorbuje, czyjś głos. Głos jest najważniejszy. Słysząc oddech w słuchawce wyobrażasz sobie co ktoś robi po drugiej stronie. Nie wiesz czy jest sam, siedzi w wannie, pali papierosa, pije kawę, robi kolacje. Możesz się tylko domyślać. Wszystko musisz wyczuć w głosie. Każda pauza ma znaczenie. W trakcie rozmowy nie można ukryć się za słodkim uśmiechem, wyjść do łazienki.  Trzeba myśleć szybko żeby na przykład dobrze kłamać. Każde zająknięcie się, przyciszony głos, niewyraźnie wypowiedziane słowo jest pretekstem do insynuacji. Nie skupiając się już po chwili tracisz wątek. Możesz jedynie bezradnie bazgrać po kartce. To chyba swojego rodzaju rekompensata braku realnej osoby. W końcu podobnie jak przy jedzeniu, czymś trzeba zająć uwagę. Mając 6 zmysłów w zasadzie bez trudu można korzystać ze wszystkich naraz. Zatem jeśli w danym momencie wykorzystywany jest tylko jeden, to reszta zaczyna się nudzić… wyciągam kartkę papieru. To zajmuje wzrok i dotyk. 3 z 6 to już niezły wynik. 6 nigdy nie zajmowałem, wolę żeby się nudził.

Mówiąc o komunikacji. Nigdy nie prowadziłem z nikim korespondencji w formie listów. Chyba nic w tym dziwnego. W końcu pisanie do kogoś kogo widzimy częściej niż raz na rok jest zupełnie bez sensu. Jeśli zbyt mało się zmienia to nie ma czym pisać długich listów, a płacenie za znaczek i kopertę jeśli w liście pisze “U nas ostatnio no, zimno…” jest głupie. Oczywiście nie piszę się tylko o tym co się dzieje na co dzień. Listy mogą też być formą sztuki. Jak choćby listy, dajmy na to Mickiewicza. Ale zbytnim optymizmem byłoby sądzić, że ktoś pisze jeszcze takie listy. Choć nie ukrywam, byłoby miło taki dostać. Od kogokolwiek…

Szkoda, że nie mogę jeszcze dziś zapalić papieroska. Akurat nie mam zmartwień i mógłbym odurzyć się nikotyną. A tu nic z tego :(

Dobranoc.


listopada 10 2009

Kaczucha zarzuca bity do upnięcia

O niemożliwe! W końcu kogoś zatrudnili z PR co ogarnia! Nawet nas dostrzegło oko wielkiej Kaczki i upnęło co nieco empetrójek, fantastycznie.

Z żalem, ale pochwalam inicjatywę.

Polecam posłuchać pieśni patriotycznych na oficjalnej stronie prezydenta. Można sobie ściągnąć mp3, wydrukować okładkę i wypalić! I wszystko za darmochę.

http://www.prezydent.pl/nasz-kraj/piesni-patriotyczne/


listopada 10 2009

Walka z Kolosem

Kolos zawsze pisze się z dużej litery by podkreślić jego Gigantyzm. A czasem nawet Gargantuizm. Zwłaszcza Gargantuiczne rozmiary, tudzież niebotyczne. Rzadko można użyć słowa ‘niebotyczny’ to sobie pozwoliłem.

No i tak sobie walczę. Jest trochę po 9, ja wciąż nie wiem o co chodzi z tymi zależnymi i niezależnymi, zmiennymi skocznymi i cały ten szajs. Ale to nic, to tylko 45min, potem będzie już luz.

Z Kolosem walczyć trza. Pokonać też by wypadało, ale dziś wystarczy mi przyzwoity remis. Remis oznacza się jako 3.

Patrząc na swoje odbicie dzisiaj mam przeczucie, że dzisiejszą bitwę wygra Kolos. Ale martwić się nie muszę, bo to początek wojny dopiero…


listopada 9 2009

Cisza na blogach, cisza w komnacie, kto… (na końcu były gacie…)

Ostatnio jakoś tak bez szaleństw. Dawno nie było porządnego bełtania, mimo, że imprezy się przelewały przez weekendy. Nie było ekscesów czy jakichś imponujących wydarzeń. Na blogach spokojniej, mniej się pisze, a zresztą, czytać też mi się nie chce.

Może to ta jesień? Wszystkich przymroziło, nawet mój telefon zaczyna odmawiać posłuszeństwa, pewnie przez mrozy, (albo te zimne słowa) trochę przymarzł. Aż mi się coś przypomniało:

- powiedz mi coś ciepłego kotku.

- grzejnik.

Zastanawiam się, jakby mi się mieszkało jakbym był sam. Całe mieszkanie tylko dla mnie. Pusta przestrzeń i tylko cieknący kran od czasu do czasu się odzywa. Pewnie bym się przyzwyczaił. Na pewno prędzej do tego niż do życia w akademiku… miałem ostatnio przyjemność i chyba podziękuję. Może, gdybym od razu tam zamieszkiwał patrzyłbym na całą tą sprawę trochę inaczej, ale że od komfortu i ciepłego fotela ciężko się odzwyczaić to teraz nie dałbym rady. Już nie chodzi o imprezy nawet, bo to akurat by mi nie przeszkadzało. Głosy, ludzie, też bez większych niechęci. Ale najgorszy jest ta znikoma strefa prywatności. Łazienka dzielona na co najmniej 8 osób (nie mówię o turbo akademcach 2+2, bo to jak mieszkanie raczej…), wszystko tak rozwieszone jakby w korytarzu, obcy ludzie korzystający z mojego mydełka i srający do mojego kibelka, nu nu. Tak mało tam przestrzeni życiowej, że chyba ciężko by mi to było przeboleć.

A i trzodo-refleksja mnie naszła, a mianowicie, wracając do niechlubnie wspomnianego tematu seksu jako rozplątywacza więzi przyjacielskich. Jakże kruche to więzi, które giną po za drzwiami liceum i bramami miasta (no dobra, trochę biadole). Cóż, że dobrze się bawić w tym towarzystwie. Każdy wie, że to nie to samo. Wydawać by się mogło, że wszystko zostało tam. Dlaczego nie ma tutaj słowika? Plant i dunajca? Przecież wszystko jest. Tylko, że to nie to samo. Tamto miejsce wiązało się z tym jakeśmy się poznawali. Chyba trzeba by iść na pizze jakąś czy do kawiarni i pogadać.

Mam wrażenie, że więzi łączące ludzi na (będą) studiach są dużo mocniejsze. Może dlatego, że wszyscy przechodzą dość ważny etap życia. Nie najważniejszy, bo najważniejszym etapem w życiu człowieka jest śmierć, ale mimo to dość istotny. Tutaj rozmowy o uczelni czy prowadzących nie są priorytetem, zbytnio się każdy różni. Inne miasta, rodziny, zwyczaje, każda nowo poznana osoba jest zupełnie inna, już nie taka swojska. Już nie pogada się o tym co się dzieje na mieście, każdego interesuje co innego. Może to truizm, bo niby nic odkrywczego, ale wydaje mi się, że teraz jakoś w tym okresie właśnie uwypukla się dążenie do znalezienia sobie miejsca. Za nikim już nie musisz się wlec i nikt cię też nie ciągnie. Do teraz można było iść za owcami, ale sytuacja diametralnie się zmienia. Ci co bez stada nie potrafią sobie znaleźć miejsca mają problemy. Inni szukają nowego stada, albo zakładają własne. Bo przynależeć gdzieś jest dobrze. Lepsze to niż wisieć gdzieś pomiędzy wszystkimi.

No, i tyle…


października 28 2009

Słów kilka

Na wpisanie tytułu zawsze czekam do samego końca, to jak z jedzeniem czekoladki: wżarłeś środek, połknąłeś wisienkę, no to teraz jak już po wszystkim trzeba oblizać palce. Pewnie to dlatego, że nigdy do końca nie wiem co napisze,a głupio by było oblizywać palce wcześniej, bo może się okazać, że czekoladka nie jest w cale taka dobra…

Statystycznie rzecz ujmując jest dobrze. Dużo ostatnio u mnie statystyk, więc muszę o tym wspomnieć. Dobrze, bo pozytywów więcej niż negatywów jest. Sesja zamknięta, windows7 zainstalowany, esperanto rozkminiane a i uczciwa praca w trakcie załatwiania. Tylko się radować. W sumie powinienem, wręcz jestem zobligowany. No bo jak tu się nie cieszyć kiedy wszystko jest ok…

Też zauważyliście, że wszystko się zmienia? Moja ostatnia klątwa rzucona na “trzodę” może jeszcze się nie urzeczywistniła (a zresztą, kto wie…) ale to dlatego, że mało dojrzałą grupą społeczną widocznie jesteśmy, w jeziorze marzeń już by było po wszystkim. Zmienia się też wiele innych rzeczy, np. nasze współlokatorki przeżywają atak PMS’a co 3 dni regularnie… trudno, my będziemy z tym mieszkać do końca roku, a one do końca będą z tym żyć, przejebane. Hernik pytający Martę o to jak tam dzisiaj kupa, “rzadka czy gęsta” był zabawny za pierwszym… drugim… no może trzecim razem, ale teraz wygląda to tak jakby na prawdę ją to interesowało. Przejebane jest być kobietą i siedzieć cały dzień w domu, wtedy człowiekowi przychodzą różne dziwne rzeczy do głowy, a na dodatek denerwuje go masło na blacie w kuchni - miast w lodówce.

Zmienia się też otoczenie. Zaczynam czerpać profity z mojej multi-gupocyjności. To niby nic, ale mimo wszystko miło kiedy większość osób na roku kojarzy Cię z imienia i nazwiska… zwłaszcza, że ja pamiętam mało kogo. Cieszy mnie, że na każdej przerwie witam się z 20 innymi osobami z różnych grup. Na prawdę, duszą towarzystwa chyba jestem. Tylko z rektorem się jeszcze nie witam codziennie, jak już będę to raz dwa do cyrku z takimi sztuczkami.

“Człowiek powinien zakochiwać się ślepy” wymyślił Warhol. W sumie język jego filozofii jest ekstremalnie prosty. Można go wykładać murarzom, i to podczas pracy, a i tak zrozumieją o co biega. Ale to zdanie akurat mi nie pasowało. Oczywiście chodzi tu o wnętrze, ale no bez przesady, nawet Warhol by się przeraził jakby jego wybranką została 160-kilogramowa mulatka bez zębów. Jakiś poziom estetyki musi być zachowany. Ale nawet nie o to mi chodzi. Dla mnie, dajmy na to, gdyby miał się zakochiwać na ślepo, bardzo ważna by była barwa głosu. Intonacja, brzmienie, melodyjność, ostry jak szkło czy miękki, odcień. To przecież takie istotne! Może gdyby to Andy bardziej rozkminił to też by do tego doszedł. W końcu po 20 latach razem, wszystko może się znudzić, ale słysząc ten głos, gdzieś pośród tłumu, delikatny, melodyjny, można przypomnieć sobie wszystko od początku. Głos jest bardzo ważny, w końcu będzie się go słuchać przez długie lata. Mam moje ulubione głosy, taki Armstrong niczym “jądra na nogach” nigdy mi się nie znudzi. Nie żebym go słuchał codziennie, ale po 20 latach wciąż będzie mi pasował…

Założyłbym gazetę. Zacząłbym od zebrania ludzi. Ciekawych, piszących i myślących. Stworzyłbym masę opiniotwórczą, komentującą rzeczywistość. Chciałbym żeby wiązały się z nią emocje, żeby Pampers reklamował w niej pieluchy małym omenem, miast uśmiechniętym bachorem. Moim marzeniem by było żeby każdy student widząc gazetę leżącą gdzieś na uczelni pomyślał, że chce się dowiedzieć komu dzisiaj dowaliliśmy. Chciałbym, żeby każdego ciągnęło do redakcji, żeby odejść od konwencji gazetki-studencko-parafialnej (czytaj. manko), żeby teksty były pełne sarkazmu, inteligentnego komentarza, ciekawych opinii i spojrzeń. Żeby miała to coś. Osobowość.

Takie jest moje małe marzenie. Myślę więcej w tym temacie, ale nie mam już weny.

No to bania.


października 20 2009

ZAPROSZENIE!